czwartek, 19 maja 2016

Za ciasne serce.

Nigdy nie myślałam, że pojadę na misję. Nigdy. Nigdy nie oglądałam wzruszających filmów o Afryce    (no chyba, że przyrodnicze i poruszało mnie piękno fauny i flory). Nigdy nie czytałam artykułów o nędzy i głodzie na Czarnym Lądzie. Nigdy nie wzruszały mnie takie historie…

Zawsze wydawały mi się takie odległe. Zawsze sądziłam, że w Polsce jest również bieda i tutaj trzeba pomagać. Od zawsze więc troszkę nie rozumiałam tych wyjazdów misyjnych. Nie żeby się jakoś bardzo nad tym zastanawiała, ale jak już o tym myślałam to coś mi nie grało. Tak jakbym właśnie ułożyła puzzle składające się z tysiąca części, gdzie jeden puzzel przez przypadek jest włożony odwrotnie. Podziwiam moje dzieło i coś mi nie gra. Tylko nie umiem zlokalizować gdzie jest błąd.

Jednak myśli nasze nie są myślami Najwyższego. Na szczęście! Prawdą jest, że jednym z pierwszy zdań, które przeszło mi przez myśl gdy znalazłam się zeszłego lata na placówce Sióstr Salezjanek w Dilli było coś w stylu „CO ja tutaj JEZU robię?”. Nie dlatego, że dano mi jakąś super ciężką pracę do roboty albo że nie lubiłam ludzi z którymi tam pojechała (w sumie byliśmy tam w szóstkę). Tylko ja nigdy nie czułam klimatu misji!

Teraz już wiem czemu tak było. Miałam za ciasne serce. Moje serce czasem nie jest w stanie pomieścić moich najbliższych do kochania a co dopiero dzieci z drugiego końca świata, których historie obijały mi się o uszy. Nie umiałam przejąć się nawet zainteresować się zdjęciem niedożywionego dziecka bo miałam (i nadal mam) upośledzoną zdolność kochania.

Po tygodniu od naszego przyjazdu rozpoczęło się oratorium. Przez kolejny miesiąc zajmowaliśmy się dziećmi, które brały w nim udział. Mi przypadła opieka nad tymi najmłodszymi – przedszkolakami, które dopiero uczyły się pisać literki.

Nie mogę powiedzieć, że te dzieci wzięły szturmem moje serce. Nie, to raczej przypominało drążenie skały kroplą wody. Codziennie gdy, chciały bym je podnosiła i przytulała. Kap kap. Gdy z zaciekawieniem dotykały moich włosów i zaplatały mi warkoczyki. Kap kap. Gdy siadały obok mnie i mówiły do mnie „Condzio” (piękna). Kap kap. Gdy gładziłam je po ich małych buźkach i też im mówiłam, że są piękne. Kap kap. Gdy z mniejszymi lub większymi sukcesami uczyły się alfabetu. Kap kap. Gdy były niesforne i nie wykonywały moich poleceń a tym uczyły mnie cierpliwości. Kap kap!

Pan Bóg chciał posłużyć się ich małymi rączkami do rozszerzenia mojego serca chociaż o milimetr. I wiecie co? Udało Mu się!

Ale to nie koniec. Za mną Brazylia i Etiopia. Przede mną Włochy i Madagaskar. Jeśli chcecie stać się częścią mojej podróży to zapraszam! Może i wy zaczniecie odkrywać swoje serce :)



1 komentarz: